Search
  • Anna Schreibert

Moje dwujęzyczne myślenie – syndrom imigranta

Updated: May 17, 2021

Mieszkam w USA 20 lat. To prawie połowa mego życia.


Nigdy nie kupiłam domu w Polsce, nigdy tak naprawdę tam nie pracowałam, nie urodziłam tam dzieci i nie spotykałam się z ich nauczycielami na wywiadówkach. Nie prowadziłam firmy, nie wyszłam za mąż i się nie rozwiodłam.


Pochodzę z Polski, ale całe moje dorosłe życie to Ameryka.


Wszystko co wiem o życiu jest wpisane w amerykańską rzeczywistość.


Posługuję się angielskim dużo częściej niż polskim. Moje grono przyjaciół, te najważniejsze osoby pochodzą z Polski, będąc aptekarsko precyzyjną, jest ich aż dwie, dwie moje serdeczne przyjaciółki, jedna mieszka na Florydzie, a druga w Południowej Karolinie. Cała reszta znajomości to ludzie z całego świata, odmiennych kultur, różnego koloru skóry, z zupełnie innymi doświadczeniami. Poza tym, że jesteśmy ludźmi, więc z założenia i struktury podobni, to jedyne co nas w tym momencie spaja, to język, którym się porozumiewamy.



Uwielbiam Amerykę za jej różnorodność, za to, że dała mi szansę spotkania i poznania tak przedziwnie kolorowych, interesujących i fascynujących ludzi. Nie ma znaczenia czy mówimy z akcentem, czy nie, najważniejsze, że potrafimy się zrozumieć. Chcę, by moje dzieci zapamiętały, że jeżeli ktoś mówi z akcentem, to znaczy, że na pewno jest przynajmniej jeden język, w którym mówi bez akcentu.


Amerykanie mają dużo szacunku dla ludzi z akcentem, bo przeciętny amerykanin zna tylko angielski.


A ja czasem zwyczajnie zatracam albo pielęgnuję moją dwujęzyczność, po prostu mieszam języki.


Zapominam się w sytuacjach dla mnie emocjonujących, kiedy rozmawiam z kimś na tematy dla mnie bardzo istotne, kiedy mam odmienne zdanie w rozmowie z kimś dla mnie ważnym, bądź kiedy jest mi tak dobrze, że wyrażając własne emocje używam języka, który według mnie najlepiej oddaje to, co chcę by mój rozmówca zrozumiał. Często się z tego śmieję, często wprawiam w osłupienie Amerykanów, zawsze kończy się to pozytywnie radośnie.


Stres przeżywam, kiedy jadę do Polski. Już kilka dni przed wyjazdem śnię, że jestem gdzieś wśród ludzi i nagle zaczynam mówić po angielsku. Widzę te pogardliwie wpatrzone we mnie twarze, słyszę stęknięcia dezaprobaty. Budzę się i leżąc w środku nocy we własnym łóżku myślę, jak ja to zrobię?

Jak bardzo będzę w stanie kontrolować własną ekspresję skrupulatnie wybierając język, którym się posłużę? Nie chodzi o to, że nie będę wiedziała, co chcę powiedzieć... Chodzi o to, abym nie pomieszała języków.


I tak jak Amerykanie zawsze uważają, że to jest „cool”, tak Polacy od razu przewrócą oczami: „ O k**wa, wielka Amerykanka przyjechała”!


A to nie tak!!


Ja mówię i myślę dwoma językami. Nie wierzę, że da się to odseparować. To jest 20 lat życia w dwujęzycznej, własnej, wewnętrznej, nieznanej nikomu poza mną, mentalności. Taka schowana głęboko część bycia imigrantem.


Nie chcę nikogo konfrontować, oceniać, szczerze mówiąc nie wiem, kiedy to dwujęzyczne myślenie się pojawiło. Jestem pewna, że nie było to po dwóch latach pobytu w Stanach.


Wydaje mi się, że lata życia w Południowej Karolinie na zawsze odznaczyły swój udział w moim aerykańsko – polskim myśleniu.


Nowy Jork był pełen imigrantów. Mówienie w innym języku, czy z akcentem było częścią nowojorskiego folkloru.


Południowa Karolina była w 100% amerykańska, idąc dalej, była południowa.

Tam moje polskie myślenie zostało zepchnięte w kąt, tam musiałam odnaleźć się jako zupełnie nowa, amerykańsko myśląca dziewczyna z Polski.


Tylko, że to jest proces. To się nie dzieje w ciągu jednej nocy – budzisz się i myślisz po angielsku.

To przychodzi wraz z dziećmi, które oglądają amerykańskie kreskówki, uczą się amerykańskich zabaw, mówią do ciebie po angielsku.

To przychodzi wraz z pierwszą grą w football amerykański, meczem koszykówki na taką skalę, że Polsce potrzeba następnych trzech pokoleń by do tego dojść. I nie ma w tej opinii najmniejszej dozy złośliwości.

To jest część amerykańskiej kultury od pokoleń i ja, mieszkając tutaj, stałam się częścią tej kultury.



Z każdym wyjazdem do Polski toważyszą mi emocje strachu i podekscytowania zarazem.

Chcę tam jechać, chcę odwiedzić moich przyjaciół w Olecku, poczuć się przez moment, jakbym z tamtąd nigdy nie wyjechała.


Z drugiej strony, boję się, żebym nagle, po dwóch drinkach nie poczuła się zbyt swobodnie i nie zaczęła mówić po angielsku. Ale ja chcę się czuć swobodnie!


I kiedy już tam jestem, okazuje się, że jestem właściwie jedyną osobą, która nie używa angielskobrzmiących sformułowań. Za wszelką cenę staram się znależć polskie słowa, odpowiedniki najbardziej fajowych amerykańskich określeń.


Siedzę tam, słucham angielskopodobnej paplaniny, której żaden amerykanin by nigdy nie zrozumiał, i czuję się bardziej polska niż kiedykolwiek w życiu. Jakby jakieś specjalne tryby w mej głowie przeskoczyły na właściwie polskie miejsca.

Liczę się z tym, że kiedy stamtąd wyjadę, wrócę do Stanów, to wciąż bedę dla niektórych TĄ Amerykanką.


Dochodzę do wniosku, że moje dwujęzyczne myślenie w niczym mi nie przeszkasza.

Ci, którzy chcą mnie usłyszeć, usłyszą w każdym języku.


Ci, którzy czują przyzwolenie, by mnie oceniać, nie usłyszą nic co powiem, nawet, gdyby moim edytorem był sam profesor Miodek.

32 views