top of page
Search
  • Writer's pictureAnna Schreibert

To moje Olecko

Updated: Apr 30, 2021

Olecko to niewielkie, 17-sto tysięczne miasto, położone w północno-wschodniej części Polski, ogólnie znanej jako Mazury.


Mazury to tysiące jezior, niekończące się przestrzenie dzikiej natury, krzyk ptaków przed i po wschodzie słońca. Mazury to to uczucie, kiedy nabierasz w płuca zbyt dużo powietrza i kręci ci się w głowie. Mazury to kraina zachowana przez Boga na wakacje pod namiotem.


To właśnie tam jest moje miasto.


Tożsamość Olecka jest mi przypisana. Ludzie, których tu spotkałam, których miałam szczęście i niejednokrotnie zaszczyt poznać, ukształtowali moją osobowość, wyznaczyli kim jestem, dodali właściwych przypraw do mego sosu życia.


Kiedy myślę o Olecku, to widzę żagle: moją wielką miłość! Pierwsza cudowna i prawdziwie bezwarunkowa miłość mojego życia – stare łódki, trzeszczące od podmuchów wiatru, jakby chciały coś ważnego wyszeptać, nadgryzione zębem czasu białe żagle, często już nie tak białe, pachnące historią przedwojennego klubu żeglarsiego, przesiąknięte wspomnieniami starej tawerny, żywicy i piwa. Sparciałe, dumnie nadęte płótna odbijające echem irlandzkie szanty.


Klub żeglarski to było moje życie, gdy miałam 16 lat. Moi rodzice się rozwodzili, a ja chciałam przynależeć. Bunt nastolatka połączony z z rozpadającą się rodziną to recepta na koktajl Mołotowa.



Nie wybuchłam. Żeglowałam.


Zamykałam oczy i oddawałam się poczuciu bezgranicznej, niezdefiniowanej, nieograniczonej, dzikiej, pierwotnej, bezkresnej wolności. Ale jak każdy, potrzebowałam wsparcia. Żagle zawsze były dla mnie. Tam reguły wyznaczał Neptun i ja je rozumiałam. Kochałam Neptuna i wierzyłam, że on to wie.


Kiedy mijał sezon żeglowania, wpadałam w sezon bilardowy. Uwielbiałam bilard. Grałam, grałam, grałam. Noc była za krótka, dzień za jasny. Precyzja uderzeń potwierdzała istnienie grawitacji, Platona, światła i fali. Nagle fizyka wkradała się w wymiar personalnego odniesienia. Nie lubiłam fizyki, ale nieźle ją rozumiałam. Byłam dobra w tej grze w kulki. Do tego stopnia lokalnie dobra, że pamiętam zabawną sytuację z tym związaną.


W czasie jednego z rejsów po mazurskich jeziorach, wraz z przyjaciółmi z klubu wodnego zawitaliśmy do tętniącej życiem, małej, hałaśliwej, pamiętającej lepsze czasy tawerny, by wesprzeć biznes i napić się piwa. Stół bilardowy był częścią wystroju. Mój kolega żeglarz niewiele myśląc zaproponował, byśmy zagrali w debla z lokalnymi bywalcami. Piwo za darmo i moment poczucia się zwycięzcą! Pewnie! Zawsze!


Poszedł, zniknął, kilka minut później wrócił z jakimś człowiekiem, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Ten obciął mnie nieufnym spojrzeniem i nieznoszącym sprzeciwu tonem powiedział: „ Piwo stawiam, ale z tobą nie gram! Widziałem jak grasz... Ja tu jestem najlepszy! I niech tak zostanie!”


Wypiliśmy po piwie. Nigdy nie zagraliśmy.


Bilard bardziej nawet niż żagle dawał mi poczucie kontroli. Żagle, bardziej niż bilard – poczucie zrozumienia.


Do tego nieodłączną częścią mnie, mojego życia i mojego miasta była sztuka. Już nigdy więcej nie spotkałam tylu wspaniałych, prawdziwych artystów przypadających na jeden kilometr kwadratowy. To była dusza Olecka ukryta w jeziorze, to oni wyznaczali kierunek wiatru na tym jeziorze.


Wspaniali muzycy, malarze, pisarze, operatorzy filmowi, fotografowie, aktorzy. O części z nich wie cała Polska, o części tylko my, ludzie z Olecka, więc tym bardziej wydają się wyjątkowi. Zawsze czuję się wybrańcem, gdy o tym myślę.

To ich starania i chęć zaprezentowania oleckiej energii światu, doprowadziły do zorganizowania, słynnego już dzisiaj Przystanku Olecko.



A przecież mogli siedzieć w domach, w kapciach, cieszyć się ogólnym nicestwem, zastojem, małomiasteczkowym marazmem. A oni nie! Zapragnęli zamieszania, hałasu, rozgłosu. Wymyślili sobie, że nawet ptaki na jeziorze objęte absolutną ochroną i strefą ciszy, powinny chociaż raz do roku doświadczyś rock’n’rolla.


Stało się! I dzieje się do dziś, przez prawie 30 lat.


Tak! Znam tych ludzi, którzy dokonują tego każdego roku. Dziękuję im, że się nigdy nie poddają, podziwiam za wyobrażnię, uwielbiam za optymizm i potrzebę kreowania. They are my people!


Na mojej personalnej mapie Olecka jest tysiące małych kolorowych punktów, zaznaczających miejsca, wydarzenia, osoby... Wszystko, co było ważne. To moja ulubiona mapa, bo ja mam całą kolekcję map.

Ta przypomina mi skąd wyszłam, jak daleka była droga i dzięki czemu udało mi się ją pokonać.


Kiedy się tej mapie bliżej przyglądam, pod mikroskopem - 100 krotne powiększenie - to pomiędzy cudownie jaskrawymi punktami dostrzegam szare kropki, różne odcienie szarości. To ci, którzy wpadli w dziury i nie umieją się z nich wygrzebać: narzekają, zazdroszczą innym, są podli, złośliwi. To ci, którym nie brakuje energii by zranić sąsiada, ale nie mają siły by zajrzeć w głąb siebie. To ci, którym jad zdominował skład krwi płynącej w żyłach.


Kiedy jednak odsuwam się od tej mapy - perspektywa rozjaśnia przemyślenia - to wiem, że te szarości nie są oleckie, one są ludzkie, a często myślę z odrobiną sarkazmu, że wręcz tak patriotycznie polskie.


Moje Olecko jest zdominowane przez kolor, jest jak mrugający zachęcająco neon, zaproszenie do tańca, pokusa oddania się szaleństwu.


Do Olecka chce się wracać.


Wracam... I znowu wszędzie jest blisko.

30 views

Comments


bottom of page