Search
  • Anna Schreibert

Wszystko w życiu jest personalne.

Dwa lata temu byłam w Chinach. Wycieczka biznesowa.


Miałam pomóc w przygotowaniu nowej linii obrączaek diamentowych: zweryfikowć wagi kamieni, przejść z seterami i jubilerami przez proces produkcji, upewnić się, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, zanim setki tysięcy dolarów zostaną w nie upchane. Małe błyskotki, pokusa, o której Marilyn Monroe mawiała, że są najlepszym przyjacielem kobiety. Nie mam wielu przyjaciół.


Strona projektowa należała do mnie, więc jako główny designer, byłam odpowiedzialna za finałowy produkt.

Hong Kong był fascynujący i przerażający zarazem. Zawsze myślałam, że Nowy Jork jest potężny, ale przy Hong Kongu wyglądał jak młodszy brat. Potęga budynków, rozmiar mostów, ilość ludzi – wszystko było nieporównywalnie wielkie.


Fabryka biżuterii, w której miałam pracować przez następne dwa tygodnie, była położona bardziej w głąb Chin.

Kontrole, żeby dostać sie na pociąg do Chin, były dużo bardziej zaostrzone niż na lotniskach amerykańskich, czy europejskich. Stacja kolei jak z Gwiezdnych Wojen, super szybki pociąg, wyglądający tak, jakby nikt nim nie jeżdził, chociaż w środku komplet pasażerów.

I znowu porównałam to do nowojorskiego metra, które wydawało się jak z poprzedniej epoki. Jakbym nagle, wkraczając do chińskiego pociągu, przesunęłam się w czasie o 100 lat do przodu, przynajmniej z technologią.


Potęga stacji, na której wysiedliśmy wraz z moim przewodnikiem i przyszłym współpracownikiem, jednym z menadżerów w fabryce, była onieśmielająca. Czułam się punktem, małym groszkiem w torebce pełnej groszków. Morze ludzkich głów, na które patrzyłam zjeżdżając schodami z platformy w kierunku wyjścia. Było tam w powietrzu coś innego, dziwne napięcie, niepokojąca potrzeba opuszczenia tego miejsca pchała nas do przodu.

Nowy Jork zawsze wyzwalał uśmiech na mej twarzy, z powodu swej różnorodności, Chiny zdumiewały monotonnością. Oczywiście, niektórzy byli inaczej ubrani, w niektórych od razu można było dostrzec przybysza zza granicy, ale wszyscy byli dziwnie, wręcz nienaturalnie poprawni. Nawet dzieci mniej krzyczące, nastolatkowie mniej niepokorni, z bardziej pokornymi fryzurami. Jednolitość pozornej normalności.

Kilka dni później miałam stanąć przed obliczem głównego bosa.



Hong Kong, 18 piętro niekończącego się budynku zwróconego ku zatoce.

Czekając na audiencję, rozglądałam się i trudno mi było uwierzyć, że oto ja, dziewczyna z Polski, z Mazur, poznam za chwilę pana, który co miesiąc gra w golfa z Putinem. Według filozofii Kasi Nosowskiej, to właściwie mogłabym powiedzieć, że za chwilę poznam samego Putina.


Weszłam do pokoju, pięknie usytuowany gabinet, widok zatoki zatrzymał wpół kroku. Za ciężkim biurkiem, w stylu prezydenckim, w równie prezydenckim fotelu, w wykrochmalonej koszuli i 18-sto karatowym zegarkiem na ręku siedział ON. Diamentowe spinki błysnęły zalotnie, gdy uniósł rękę, by papieskim gestem przywołać mnie bliżej ku sobie.

Przedstawiłam się, uścisnęłam jego rękę nie spuszczając wzroku i usiadłam w fotelu naprzeciwko. W moich trampkach, czarnych leginsach, czarnej prostej bluzce, z ekstrawagandzką fryzurą i czerwoną szminką byłam interesującym dodatkiem, zdecydowanie nie wtapiającym się w klimat otoczenia. W pokoju, oprócz nas, były jeszcze cztery osoby , czekające w stanie gotowości na przyjęcie każdego rozkazu. Brakowało tylko błazna, ale może żeby było zabawniej, każda z tych osób czasem wcielała się w tą rolę.


Pan rozpoczął papieską prelekcję, nawiązał do historii firmy (czwarte pokolenie), do kopalnii, które posiada, do jego wizji przyszłości i na koniec gładko wplótł w to wszystko mnie. Tonem nieznoszącym sprzeciwu, właściwie prawie usypiającym, ale jakże drylującym przez każdą komórkę w ciele, prowadził swój monolog. Nabyty przez lata dyktatorski nawyk. Stałam przed imperorem świata diamentów!


Kończąc swą uprzejmą i zdystansowaną przemowę dodał: „Pamiętaj, że nawet jeżeli coś pójdzie nie tak i nasze drogi się rozejdą (mam nadzieję, że tak się nie zdarzy, bo wyglądasz na bystrą osobę), to tylko biznes, nic personalnego, tylko biznes.”

Wtedy ja, bez trwogi patrząc mu prosto w oczy odpowiedziałam: „A ja się nie zgadzam!”

On uniósł brwi w kompletnym zaskoczeniu, wszyscy wokół wstrzymali oddech, i wtedy dotarło do mnie, że on nie jest przyzwyczajony do ludzi, którzy się z nim nie zgadzają, właściwie nie wie, jak z nimi postąpić. Kompletny brak doświadczenia.

Z wciąż podniesionymi brwiami, wręcz jakby nieśmiało, spytał: „Nie zgadzasz się? A dlaczego?”

„Dlatego, że jeżeli ja siedzę tu, przed tobą, rozmawiamy i będziemy wkrótce współpracować, to ty nie rozmawiasz i nie pracujesz z moją firmą! Pracujesz ze mną! Więc według mnie, ponieważ pracujemy z ludźmi, to mniej lub bardziej, ale wszystko zawsze jest personalne!”

Pan jakby spokojniejszy, opuścił brwi, uśmiechnął się nieśmiało i powiedział: „Wiesz, podobasz mi się... mało tego, myślę, że masz rację.”


Wtedy poczułam, że wszyscy w pokoju znowu zaczęli oddychać.


Do dziś ze sobą współpracujemy.

16 views